Ten jeden raz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że opóźnienie nie wynika całkowicie z mojej winy – otóż zalałam sobie laptopa, straciłam na zawsze klawiaturę i musiałam rozstać się z laptopem. Udało mi się wczoraj kupić klawiaturę zastępczą, a laptopa dostałam na weekend majowy, musiałam więc tylko dokończyć rozgrzebany fragment. Przepraszam za opóźnienie i z góry uprzedzam, że w przyszłym tygodniu znowu będę niedostępna – laptop trafi z powrotem do serwisu. Módlcie się za miłość mojego życia *tonem dramatycznym*
Elsworth aen Derean, starszy z adoptowanych synów Generała, Arcymag Naery, uważał, że w tych ciężkich czasach potrzeba elementów stałych. Dlatego też gabinet w Lethianned, założony jeszcze przez jego ojca, pozostał taki sam jak w dzień wygnania. Stało w nim to samo, bezkształtne biurko, zarzucone tylko nieco innymi papierami; stały w nim te same, niedobrane krzesła, proste półki pod ścianami uginały się od książek i segregatorów. Wszystko wokół tchnęło duchem poprzednich rządów i sprawiało, że Elsworth czuł się nieco nieswojo, jak gdyby ojciec miał wrócić w każdej chwili.
Sytuacji nie poprawiał fakt, że personel odziedziczył razem z umeblowaniem. Na przykład sekretarza, który zacinał się za każdym razem, gdy musiał wymówić jego tytuł.
- Zaczęło się! – wypalił, wpadając do pokoju, i tradycyjnie ucichł na moment. – Panie hrabio… chłopiec przeszedł.
- Wiem, Taerrail, lustro mi pokazało – mruknął Arcymag, podając mu pustą filiżankę i otrzymując w zamian plik dokumentów. Drow sprawnie zabrał się do robienia herbaty – wieloletnie doświadczenie nauczyło go, że herbaty zawsze potrzeba więcej.
- Niech pan zacznie od dołu – poradził. Elsworth posłusznie wyciągnął kartkę ze spotu stosu i brwi podjechały mu do góry. Tak, to z pewnością było ważniejsze od wszystkich międzywymiarowych potworów… chociaż tata mógłby się nie zgodzić.
- Elsworth, widziałeś…?! – do gabinetu weszła Kayla, zwierzchniczka jednostek specjalnych, kolejna podwładna znacznie starsza od Arcymaga. Jej smocze oczy z pionowymi źrenicami zdawały się być jeszcze bardziej poirytowane niż zwykle.
- Chłopiec przeszedł – potwierdził chłopak przeczesując brązowe włosy i zastanawiając się, jak przekazać jej najnowsze wiadomości. – Usiądź, proszę.
Spojrzała na niego podejrzliwie, ale posłusznie usiadła.
- Co się stało i kto umarł? – zapytała, bezskutecznie siląc się na beztroskę. Brązowe loki zdawały się być jeszcze ciemniejsze przy jej pobladłej twarzy. Taerrail położył przed nią filiżankę herbatki uspokajającej.
- Elly! – drzwi otworzyły się raz jeszcze, Kayla podskoczyła na krześle, sekretarz wrócił do czajniczka a Elsworth ponuro spojrzał na nowo przybyłych. Nie miał nic przeciwko obecności swojego brata, nawet jeśli był odrobinę zbyt wylewny; przeszkadzała mu raczej wizyta wuja. Larien ter Derean był doskonałym dowódcą, jeszcze lepszym żołnierzem i nie można było odmówić mu lojalności wobec Generała, o ile jednak potrafił przyjąć rozkazy od starszego brata, duma nie pozwalała mu na posłuszeństwo wobec przybranego bratanka.
Ich wzajemna antypatia mogła mieć też inne źródła. Elsworth szybko przyzwyczaił się do faktu, że nie jest ani trochę podobny ani do matki, ani do ojca – trudno cierpieć z takiego powodu, gdy jest się sierotą wojenną i nawet rasą różni od swoich opiekunów. W głębi duszy jednak zazdrościł młodszemu bratu – Erillen miał jasne, złote loki wuja, błękitne oczy Generała i drobną budowę charakterystyczną raczej dla drowów niż dla smoków. Larien zdawał się akceptować go odrobinę bardziej, może właśnie przez to podobieństwo.
- Siądźcie, proszę – powiedział Elsworth jeszcze bardziej zrezygnowanym tonem. – Chłopiec jest już w szpitalu, przy życiu utrzymamy go na pewno, problemem mogą być zdrowe zmysły. Obawiam się, że mam ważniejsze wiadomości… On napisał.
Przeczytał list na głos, stwierdzając, że w ich rękach może ucierpieć. Sądząc po zszokowanych minach i drżących rękach Kayli, podjął dobrą decyzję.
- Walka z Czerwienią…? – zapytała z wyraźną paniką.
- Tymczasowa ślepota? – upewnił się Erillen tonem, który bardzo chciał być spokojny.
- Zastępczyni Królowej…? – dodał Larien, a Elsworth zaczął współczuć nieszczęsnej dziewczynie. W pewnym sensie byłoby lepiej, gdyby ojciec nie poznawał już nikogo.
- Najważniejsze, że zamierza niedługo wrócić – zauważył z nieco tylko fałszywym optymizmem. – Zajmie mu to kilka miesięcy, sądząc po walkach, o których wspomniał… Ale to i tak lepiej, niż sądziliśmy.
- Jeśli ta mała ma połowę talentu mamy, powinna go szybko wyleczyć – mruknął Erillen zadziwiająco trzeźwo. – Masz rację, to całkiem dobre wiadomości. Co z tego, że Czerwień była potężniejsza niż kiedykolwiek, że nasi dawni sprzymierzeńcy powstali z martwych, a ojciec ledwo żyje, ważne, że już po wszystkim. Pozostaje pytanie, co robimy z tym chłopcem? To miło, że nie umrze, ale osobiście czułbym się lepiej, gdyby nie zwariował.
- To chyba oczywiste, prawda? – westchnął Elsworth. – Jestem Arcymagiem, jeśli ktoś zostaje zaatakowany przez Istoty, moim obowiązkiem jest je wykończyć.
Wszyscy zgromadzeni, nawet Taerrail, spojrzeli na niego z niepokojem. Fakt, że mieli powody. Są osoby, które nie powinny podkładać się potworom żerującym na ludzkich lękach.
- Ojciec jakoś sobie z nimi radził, a też nie miał wesołego życiorysu – zauważył nieco urażonym tonem.
- Fa… Generał ledwie sobie z nimi radzi – zauważyła łagodnie Kayla. – Bez urazy, Elsworth, ale raczej nie masz jego morderczego samozaparcia.
- Ty za to nie masz dostatecznego talentu – odgryzł się, wbrew rozsądkowi nieco urażony.
- Moja kandydatura zostanie odrzucona z miejsca? –rzucił Larien z ponurą złośliwością.
- Wybacz, Labirynt nie zdechnie gdy wbijesz mu szablę między oczy – warknęła Kayla.
- Zawsze zostaję wam ja – rzucił Erillen niezobowiązującym tonem. – Śmiem twierdzić, że mam dość duży talent, w dodatku jeszcze nie mam żadnej traumy. Nadaję się idealnie. Proszę, nie dziękujcie.
- Nie sądzę, żeby… – zaczęła Kayla, ale Elsworth jej przerwał.
- Jesteś pewien?
Brat spojrzał na niego z zadziwiającą powagą.
- Jestem absolutnie pewien, że z obecnych tu osób będę najmniej beznadziejny – powiedział.
*
Ireal i Terranei chyba po raz pierwszy od początku ich znajomości siedzieli obok siebie nie próbując wzajemnie się pozabijać. Drowka była zbyt zajęta zaciskaniem pięści i przełykaniem łez. Co prawda chyba nikt nie miałby do niej pretensji o płakanie nad swoim przyjacielem, który zapadł w śpiączkę, ale i tak próbowała być twarda.
Artur leżał rozpaczliwie nieruchomo, nawet jego oddech był słaby. Wokół kłębiła się aparatura magiczno-medyczna podtrzymująca czynności życiowe. Medycy twierdzili, że ma duże szanse na wyzdrowienie, mimo to Terranei nie potrafiła powstrzymać wrażenia, że jej przyjaciel właściwie jest już martwy.
Ireal również milczał, miał jednak ku temu nieco inny powód. Wierzył twardo, że Artur jeszcze kiedyś wróci, wręcz nie potrafił w to zwątpić; wierzył też jednak, że należy ukarać tego, kto go do tego stanu doprowadził. Winna wszystkiemu była oczywiście Rada – co jednak mógł zrobić Radzie zwykły student? Drow miał pewien pomysł.
- Muszę wrócić na Ziemię – powiedział na głos, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Terranei gwałtownie odwróciła głowę.
- No tak – powiedziała głosem, który silnie drżał mimo jej starań. – Teraz już nic cię tu nie trzyma. Co cię obchodzi, że on był w tobie zakochany, po co będziesz się wysilał na odwiedziny…
- Jest – poprawił ją bardzo cicho. – Jest zakochany. To znaczy, mam nadzieję…
Nie słuchał jej dłużej; umysł miał zajęty gorączkowym planowaniem. Wcześniejszy wyjazd załatwi bez problemu, gorzej będzie z pozwoleniem na powrót… z drugiej strony, jeśli jego plan się powiedzie, nie będzie musiał przejmować się pozwoleniami Rady.
Terranei zasłoniła sobie dłonią usta, próbując powstrzymać tak szloch, jak dalszy potok wyrzutów. Jeśli płacz był niehonorowy, to wyżywanie się na tym idiocie było jeszcze bardziej… Z ponurych rozmyślań wyrwał ją czyjś głos.
- Miło panią ponownie spotkać, pani ter Islinn. Szkoda tylko, że dzieje się to z tak smutnej okazji.
Drowka poderwała głowę, tknięta nagłym uczuciem, że rzeczywiście skądś zna ten głos. Pamięć szybko podsunęła jej rozwiązanie – miała przed sobą kogoś-w-rodzaju-przywódcy ruchu oporu tym razem pozbawionego płaszcza. Okazał się nim być młody smok o złotych lokach niedbale związanych nad ramieniem i jasnobłękitnych oczach w których błyszczały kpiące iskierki. Cała reszta jego raczej podłużnej twarzy wyrażała głębokie współczucie
Wszelkie ślady kpiny zniknęły jednak gdy obrócił się do Ireala.
- Panie Hainne, zechciałby pan uczynić mi tę przysługę i zostawił mnie oraz panią ter Islinn z pańskim partnerem? – wyszukana uprzejmość smoka mogła zdawać się obraźliwa, to wrażenie negował jednak naprawdę współczujący ton.
Ireal zdawał się go nie słyszeć, więc smok delikatnie dotknął jego ramienia. Dopiero wtedy drgnął, jakby wybudzony z głębokiego snu.
- Oczywiście – powiedział zupełnie rozkojarzonym tonem, zrozumiał, na co właściwie się zgodził i przez chwilę wyglądał, jakby chciał zaprotestować.
- Proszę – dodał nieznajomy, a coś w jego spojrzeniu sprawiło, że drow nie mógł się wycofać. Pochylił się więc nad Arturem, nieśmiało musnął ustami jego policzek i wyszedł tak szybko, jak gdyby bał się co zrobi gdy zostanie dłużej.
- Kim ty właściwie jesteś? – syknęła wreszcie Terranei, chwytając za rękojeść szabli. – I czego chcesz od Artura?!
- Chcę mu pomóc – wyjaśnił obcy z łagodnym znudzeniem, po czym usiadł na krześle obok łóżka
- Jeśli myślisz, że pozwolę ci…
- Terranei ter Islinn, w przeciwieństwie do tego nieszczęśnika, którego właśnie wyrzuciłem, jest pani osobą dość silną, żeby nie pakować się w bezsensowne akty bohaterstwa – powiedział z wyraźną irytacją. – Pani przyjaciel nie tylko ma szansę przeżyć, ale wręcz przeżyje na pewno, jeśli tylko pozwoli mi pani wyprowadzić go z miejsca do którego trafił.
- A… gdzie trafił?
- Do Labiryntu. W labiryntach, jak pewnie pani wie, łatwo jest zgubić się na zawsze.
Drowka już otworzyła usta, żeby zadać kolejne pytanie.
- Pójdzie pani ze mną na kolację? – zapytał szybko. To dało mu chwilę ciszy tak potrzebną dla koncentracji, gdy chce się wejść do czyjegoś umysłu.
*
W jednej kwestii Erillen miał absolutną rację: Ireal nie był dość rozsądny, by rezygnować z idiotycznego bohaterstwa. Zgodnie z przewidywaniami łatwo otrzymał pozwolenie na wyjazd; spakował się szybko, połowę rzeczy wyrzucając jako zbyt mało potrzebne, i jeszcze tego samego wieczora wrócił do Ameryki.
Miał przed sobą ważne zadanie: musiał znaleźć Generała.
*
Artur twardo postanowił nie ruszać się od wyjścia. Stanowczo nie zamierzał pakować się temu czemuś prosto w paszczę, a koło drzwi miał szansę być bezpieczny. Poza tym, może kiedyś wymyśli, jak je otworzyć…
Kiedy tylko uznał, że wymyślił całkiem sensowny plan, światła zgasły. Chłopiec przycisnął się mocniej do drzwi, wbijając oczy w mrok, gdy jednak nic więcej się nie wydarzyło, trochę się rozluźnił. Ale wtedy usłyszał ciężkie, głuche stąpnięcia i suche trzaski, jak gdyby coś wbijało w beton gigantyczne pazury. Potem ucichły, a zamiast nich rozległo się… węszenie. Artur wcisnął się w kąt, zbyt przerażony, by zamknąć oczy; starał się tylko jak najciszej oddychać. To coś warknęło i ruszyło w jego stronę…
…wtedy w głębi korytarza zapaliło się światło. Chłopiec wziął głęboki wdech i pobiegł, zaciskając powieki; istniała maleńka szansa, że akurat to coś ominie i dotrze do światła, gdzie powinien być bezpieczny. Warkot wniósł się do wrzasku i nagle zmienił w koszmarny, dziecięcy chichot. Artur dotarł do plamy światła i upadł na kolana, zatykając uszy. Kiedy odważył się podnieść, wszystkie żarówki były zapalone, a na szarych ścianach pojawiły się dziecięce rysunki.
Chłopiec zrozumiał nagle, że zwyczajnie i po prostu oszalał, i zrobiło mu się jakoś lepiej. Wydawało się być dość spokojnie, podszedł więc do ściany. Na pierwszy rzut oka widniały na niej zupełnie zwykłe dziełka – nabazgrane kredą domki, ludziki z prostych linii, zwierzątka. Jednak gdy spojrzało się na nie kątem oka… domki płonęły albo zawalały się, ludziki wyobrażające mamę i tatę chwytały za noże czy pistolety, dzieci płakały, uwalane krwią. Zwierzątka rosły, hodując wielkie kły, ciemniejąc, upodabniając się do cienia labiryntu… „Możesz odejść, ale nie możesz wyjść” – napis nad rysunkami miał brązowawą barwę. Jak zakrzepła krew.
Żarówka zabuczała głośniej i zaczęła mrugać. Artur wycofał się tyłem, przycisnął do ściany i zacisnął oczy. Światło natychmiast zgasło, a przez korytarz przebiegł podmuch powietrza. Jakby drzwi zostały otwarte… Chłopiec zmusił się, by rozchylić powieki. Korytarz wyglądał na pusty, a drzwi rzeczywiście były uchylone. Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę, nic jednak nie wskazywało na to, by dziwaczny stwór powrócił. Artur ruszył powoli w stronę drzwi, nadal nie odrywając pleców od betonu. Wreszcie znalazł się tak blisko, że wystarczyłby krok, by wyjść na zewnątrz.
Ludzki śmieć – wysyczało coś szyderczo, odchodząc razem z powiewem wiatru. Chłopiec, który już wyciągnął rękę do drzwi, znieruchomiał. Do czego właściwie miał wracać? Co na niego czekało?
Boję się, jest coraz gorzej – jęknął wiatr głosem Ireala. Zabrzęczało zbijane szkło. On na pewno nie będzie go chciał, dlaczego miałby być z kimś, kto sprowadza na niego niebezpieczeństwo?
Nie nadaje się do niczego. Brzydzę się nawet go bić – zaśmiał się okrutnie któryś z jego rówieśników ze szkoły.
Może powinieneś przestać chodzić po mieście…
Przerżnij go, to spokornieje. To gówno nigdy nie zna swojego miejsca.
Masz rację, to szaleństwo musi kiedyś się skończyć…
Śmieć zapomniał, jak się czaruje! Myślałem, że nie może być bardziej bezużyteczny.
Dobrze, że już nie będzie przeszkadzał…
Artur krzyknął, zatykając uszy. Drzwi zatrzasnęły się, otoczyła go gęsta, żywa ciemność. Dopiero po chwili chłopiec zrozumiał, że płacze.
Teraz już rozumiesz, że musisz odejść – zaszeptała ciemność kojącym głosem. Tak, rozumiał to doskonale. Nie mógł wrócić, nigdy, nie do tego piekła… które i tak go nie chciało. Zaszlochał gwałtowniej, zasłaniając oczy, gdy ciemność zaczęła wpychać się do jego gardła i dusić.
Nagle jednak wszystko rozpłynęło się, a ktoś delikatnie objął go i pogłaskał po włosach.
- Nie płacz, mały – szepnął. – Stąd można wyjść, trzeba tylko mieć przewodnika.